|
strona 1 z 7 O ósmej rano poszedłem do Randy’ego w niezłym nastroju, bo zacząłem dzień plimasiną i mimo suchego upału nie kręciło mnie w nosie. Hotelowi Randy’ego daleko było do „Hiltona''. Stał w uliczce o rzymskim bruku, zapchanej autami, niedaleko Schodów Hiszpańskich. Zapomniałem jej nazwę. Oczekując Randy’ego w przesmyku, który pełnił rolę hallu, recepcji i kawiarni, przeglądałem kupionego po drodze „Heralda'', zainteresowany pertraktacjami Air France z rządem, bo nie uśmiechała mi się perspektywa utknięcia w Orly. Strajkowała pomocnicza obsługa lotniska, ale jak dotąd Paryż przyjmował samoloty.
Wnet zjawił się Randy, w niezłym stanie jak na bezsennie spędzoną noc, co prawda osowiały, ale też fiasko było oczywiste. Zostawał nam Paryż, ostatnia deska ratunku. Randy zamierzał odwieźć mnie osobiście na lotnisko, ale mu nie dałem. Chciałem, żeby się przespał. Twierdził, że to w jego pokoju niemożliwe, więc poszedłem z nim na górę. Pokój był istotnie słoneczny, a z otwartej na oścież łazienki ciągnęło zamiast chłodu parzonymi mydlinami. Szczęśliwie mieliśmy wyż azorski, raczej suchy, więc sięgając do zawodowych wiadomości zaciągnąłem zasłony, namoczyłem ich dolne części, żeby polepszyć cyrkulację powietrza, puściłem małym strumykiem wodę ze wszystkich kurków i po tej samarytańskiej operacji pożegnałem się z nim, zapewniając, że będę telefonował, gdy uzyskam coś konkretnego. Na lotnisko pojechałem taksówką, zawadziwszy o „Hiltona'' po bagaż, i już przed jedenastą popychałem wózek z walizkami do odprawy. Pierwszy raz byłem na nowym dworcu rzymskim i szukałem oczami cudów jego technicznych zabezpieczeń, rozreklamowanych przez gazety, nie podejrzewając, jak dokładnie będę musiał je poznać. Prasa powitała otwarcie tego dworca hałasem, że przyszedł z nim kres wszelkim zamachom. Tylko oszklona hala odpraw wyglądała jak wszędzie. Gmach z wysokości podobny do bębna wypełnia sieć eskalatorów i chodników, filtrujących dyskretnie ludzi. Ostatnio zaczęto przemycać broń i ładunki wybuchowe w częściach, do złożenia w toalecie samolotu, dlatego Włosi pierwsi zrezygnowali z magnetometrów. Sondażu ubrań i ciał dokonują drgania ultradźwiękowe podczas jazdy eskalatorami, a wyniki tej niewyczuwalnej rewizji ocenia na bieżąco komputer, typując podejrzanych o szmugiel. Pisano, że te drgania wykrywają każdą plombę w zębie i sprzączkę w szelkach. Nie ujdzie im nawet ładunek bezmetaliczny. Nowy port nosi nieoficjalną nazwę Labiryntu. W próbnym rozruchu przez kilka tygodni wywiadowcy z najprzemyślniej pochowaną bronią pchali się na ruchome schody i ani jednemu jakoby nie udał się przemyt. Labirynt pracował już normalnie od kwietnia bez poważniejszych incydentów, wciąż tylko wyławiano ludzi z obiektami tyleż dziwnymi co niewinnymi, jak rewolwer dziecinny albo jego sylwetka wycięta z cynfolii. Jedni eksperci utrzymywali, że to psychologiczna dywersja zawiedzionych terrorystów, inni, że starania, mające ustalić rzeczywistą sprawność filtrów. Prawnicy mieli z owymi pseudoprzemytnikami kłopot, bo ich intencje zdawały się jednoznaczne, ale nie były karalne. Jedyny poważny wypadek zaszedł w dniu, w którym opuszczałem Neapol. Jakiś Azjata pozbył się prawdziwej bomby na tak zwanym „moście westchnień'' w środku Labiryntu, kiedy zdemaskowały go czujniki. Cisnął ładunek w głąb hali, nad którą biegnie most, co spowodowało eksplozję, nieszkodliwą, choć nadszarpnęła nerwy współpasażerom. Nic więcej nie zaszło. Myślę teraz, że te drobne wypadki były przygotowaniami operacji, w której nowy typ ataku miał przebić nową obronę. Odlot mojej Alitalii opóźnił się o godzinę, bo nie było pewne, czy przyjmie nas Orly, czy de Gaulle. Poszedłem się więc przebrać, bo i w Paryżu zapowiadano 30 stopni w cieniu. Nie pamiętałem, w której walizce mam siatkowe koszulki, więc wybrałem się do łazienek z wózkiem, który nie mieścił się na eskalatorze, i błądziłem długo pochylniami podziemia, aż jakiś radża wskazał mi drogę. Nie wiem, czy był naprawdę radżą, chyba nie, bo prawie nie władał angielskim, ale miał zielony turban. Ciekaw byłem, czy go zdejmie w wannie. On też udawał się do łazienek. Wycieczką z wózkiem tyle zmitrężyłem czasu, że wziąłem tusz i przebrałem się ekspresowo w płócienne ubranie i sznurowane płócienne trzewiki, a drobiazgi z neseserem wpakowałem do walizki i do odprawy poszedłem z wolnymi rękami. Wszystkie rzeczy poszły na bagaż. Krok ten okazał się rozsądny, bo wątpię, żeby mikrofilmy — miałem je w neseserze — wyszły cało z „rzeźni na schodach''. Klimatyzacja na hali szwankowała, miejscami ciągnęło lodem, a miejscami grzało. Przy kierunku paryskim dmuchało ciepłem, narzuciłem więc bluzę na ramiona. To też było szczęśliwym posunięciem. Każdy z nas dostał „przepustkę Ariadny'', plastykowy karnet na bilety, w który wprasowano elektroniczny rezonator. Nie można wejść bez niego do samolotu. Tuż za kołowrotem przejścia szedł eskalator tak wąski, że trzeba było wchodzić nań gęsiego. Jazda przypominała trochę Tivoli, a trochę Disneyland. Jedzie się zrazu w górę, tam stopnie składają się w chodnik biegnący nad halą w potopie jarzeniówek. Mimo to nie widać jej dna, ukrytego w mroku. Nie wiem, jak uzyskano ten efekt. Za „mostem westchnień'' chodnik skręca i stając się znów schodami idzie dość stromo wzwyż, przez tę samą halę, ale można ją poznać tylko po ażurowym stropie, bo każdy transporter ujmują z obu stron aluminiowe płyty ze scenami mitologicznymi. Dalszego ciągu drogi nie było mi sądzone poznać. Jej idea jest prosta — karnet pasażera, mającego przy sobie coś podejrzanego, daje o tym znać nieustępliwym dźwiękiem. Napiętnowany nie może uciekać, bo transporter jest zbyt wąski, a powtarzające się pasaże nad halą mają go psychicznie rozmiękczyć i skłonić do pozbycia się broni. W sali odpraw widnieją dwudziestojęzyczne ostrzeżenia, że przemycający broń i materiały wybuchowe narazi swoje życie, jeśli spróbuje terroryzować współpasażerów. Różnie wykładano tę enigmatyczną pogróżkę. Słyszałem o wyborowych strzelcach pochowanych za aluminiowymi ścianami, ale nie dawałem temu wiary.
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 Następna > Ostatnie >>
|